Greenvelo w kajaku i na rowerze 2017

Połączenie kajakowania i turystyki rowerowej.... czy to możliwe i co z tego moze być?
Przeczytajcie relację naszego kolegi Piotra (od Ewy).
 
"Tak się jakoś złożyło, że wziąłem udział w kajakowo rowerowej wyprawie od Wizny do Białowieży szlakiem Green Velo. Szczerze mówiąc pasowało mi to średnio, ale cóż, żona z córką zadecydowały. Zajechaliśmy w środku nocy do Wizny i rano startujemy. No dobra, nie ma co marudzić, miejmy to z głowy... Spakowaliśmy jak zwykle gigantyczne ilości dobytku z założeniem, że na miejscu dokonamy selekcji. Poranna kawa i od razu pojawia się drobny problem. Jest nas dziewięcioro, a więc ktoś musi płynąć sam. Nikt się jakoś nie kwapił. Pomyślałem sobie, że skoro mamy tyle bagażu, to w sumie można przerobić jeden kajak na towarowy. Zupełnie zapomniałem, że ta druga osoba też czasem machnie wiosłem. Ale niestety mam ten defekt, że czasami mówię szybciej niż myślę. Dotyczy to też tej relacji, powiedziałem bezrefleksyjnie, że mogę ją napisać, zapomniałem tylko, że jestem ostatnią osobą, która powinna to robić. Moją filozofię udziału w tego typu wyprawach doskonale streszcza jedna z piosenek Okudżawy. „Gdy każą iść to idę, nie każą iść to leżę, jak dobrze być żołnierzem, żołnierzem”.
 
Tak naprawdę to zazwyczaj nie wiem gdzie byłem, nie zapamiętuję nazw, natomiast pamiątką są różne obrazy, które pozostają w mojej pamięci. O tym, że pierwszy nocleg mieliśmy w Dolistowie zapomniałem już następnego dnia, ale to śliczne obozowisko otulone przez bagna tak, że bardzo trudno było załatwić pewne sprawy pamiętam bardzo dobrze. Około dziesiątej gospodarz pakuje nas i cały majdan do busa i jedziemy na miejsce startu. Człowiek jest przesympatyczny, inteligentny i oczytany, tak że dwie godziny zlatują jak jeden moment. Wizna była miejscem bardzo ważnej bitwy drugiej wojny światowej, obroną Wizny dowodził miejscowy bohater, kapitan Raginis. Wzorem Pana Wołodyjowskiego złożył ze swoim zastępcą w miejscowym Kościele uroczystą przysięgę, że prędzej zginie niż przepuści Niemców i słowa dotrzymał, gdy skończyła się amunicja kazał swoim żołnierzom opuścić bunkier, a sam zdetonował granat. Ta postać zresztą towarzyszyła nam prawie przez całą wyprawę.
 
Jesteśmy na miejscu, kajaki zwodowane, zaczynamy. Mam trochę słabe przygotowanie teoretyczne, z jutuba nauczyłem się tylko wsiadać do kajaka, ale spoko,  resztę wiedzy posiądę w sposób empiryczny. Ponieważ boję się wody, więc bardzo starannie zakładam kamizelkę i wiążę nawet wszystkie sznureczki. Pod koniec spływu starzy wyjadacze wytłumaczyli mi, ze to był kapok dziecięcy i źle go zakładałem, ale to bez znaczenia, ważne, że się czułem bezpiecznie. Biebrza to wyjątkowo malownicza, dość leniwa rzeczka, niestety mocno meandrująca. Piszę „niestety”, bo szybko się zorientowałem, że obciążony kajak bez przedniego wiosła jest zwrotny i manewrowy jak pancernik Potiomkin, więc potrzebą chwili stała się technika wchodzenia w zakręty, ale jakoś to opanowałem. Poza tym niesamowita była zmiana zabarwienia wody, w terenach torfowych odcień był mocno czerwony, zaś w terenach bagiennych dominowała głęboka czerń. Kiedyś miałem jakieś inklinacje ornitologiczne, a ponieważ byliśmy w królestwie ptaków czułem się wyśmienicie. Wiele pięknych obrazków zapadło mi w pamięć. Zdjęć nie robiłem, czego trochę żałuję, ale nie da się płynąć w pojedynkę i cykać fotki. Generalnie ptaki nie mają zamiaru nikomu pozować, i żeby coś ciekawego zobaczyć trzeba poświęcić wiele czasu na obserwacje, ale doliny Biebrzy to nie dotyczy, tu wiele można zobaczyć nawet machając wiosłem. 
 
Urzekło mnie misterne gniazdo raniuszka zwisające malowniczo z gałęzi tuż nad wodą, widziałem z bliska czaplę białą, wśród pospolitych łabędzi niemych można było zobaczyć rzadkiego łabędzia krzykliwego, obserwowałem różne dziwne sceny w powietrzu. Na przykład dwa drapieżniki wyrywały sobie zdobycz. Potem przeczytałem, że nic sobie nie wyrywały, to samiec błotniaka stawowego podawał samicy jedzonko, bo tylko ona mogła karmić młode. Widziałem, jak duży drapieżnik zaatakował stado gęsi które wcale nie chciały się dać zjeść i spuściły mu łomot. Potem wygooglałem, że to mógł być tylko orzeł bielik. Świetnie wyglądały wypoczywające na łachach piasku łabędzie rodziny z wielkimi młodymi i syczącym ostrzegawczo tatusiem. Niesamowite wrażenie robiła kolonia jaskółki brzegówki na stromym brzegu podziurawionym norami jak ser szwajcarski. Było trochę tego i nie ma sensu wszystkiego wymieniać.
 
Teraz może o ludziach z ekipy, będę o nich pisał sukcesywnie w trakcie tych moich wypocin. Najpierw naczalstwo. Jola jest laseczką z buzią aniołka, osoba cierpliwa, wyrozumiała, roztaczała wokół siebie aurę profesjonalizmu i perfekcyjnego przygotowania. Typ, którego nie da się wytrącić z równowagi, z cierpliwością pani przedszkolanki odpowiadała na różne lamerskie pytania, zawsze wiedziała gdzie jesteśmy i za ile godzin będziemy u celu. Na szczęście posiada silnie rozwinięty instynkt opieki nad różnymi niedojdami (dzień dobry). Piotr to typ maczo, były komandos, chłopisko silne jak tur, opiekuńczy i ojcowski dla najmłodszych i najsłabszych. Roztaczał aurę poczucia bezpieczeństwa, instynktownie się czuło, że jak będzie jakiś problem, to Piotr przyjdzie i go rozwiąże.
 
Trzeciego dnia Jola stwierdziła, że ponieważ mamy do przepłynięcia mały odcinek rano zwiedzimy pobliską twierdzę Osowiec. Zrobiłem minę jakbym o niczym innym nie marzył, ale moja duszą aż jęknęła. Litości. Moja Ewa ma brzydki zwyczaj czytania mi w myślach i gdy tylko zacząłem kombinować jak by się z tego wymiksować to usłyszałem ostrzegacze 'nawet o tym nie myśl'. I dobrze, bo to były najlepiej spędzone dwie godziny tego wyjazdu. Powiedzieć o Mirosławie Woronie (wiem, bo kupiłem jego książkę z autografem), że jest genialnym przewodnikiem, to tak jakby nic nie powiedzieć. Gość ma taką charyzmę, że gdyby przez godzinę mówił o wyższości szarej renety nad innymi gatunkami jabłek to każdy by słuchał z otwartą buzią.
Cała narracja była utrzymana w przezabawnej, nieco frywolnej tonacji, ale zawsze w granicach dobrego smaku. Raz tylko atmosfera zgęstniała a jego oczy zaczęły miotać błyskawice,gdy stwierdził, że dwóch znanych tfu, tfu historyków napisało artykuł, w którym dowodzili, że kapitan Raginis nie rozerwał się granatem, tylko został zastrzelony przez Niemców. Tak go to rozjuszyło, że doprowadził do ekshumacji z badaniami genetycznymi, która jednoznacznie dowiodła, że bohater Wizny zginął w wyniku wybuchu granatu, a w Jego szczątkach znaleziono odłamki polskiego granatu zaczepnego. Wszyscy się świetnie bawili, każdy dostał jakiś upominek.
Furorę robiły zrobione z łuski Gwizdki Podrywaczki, na który w drodze wyjątku załapał się też Piotr jako były komandos. I ze zdumieniem stwierdziliśmy, że gwizdek naprawdę działa, jak tylko na postoju gwizdnął, to natychmiast z pobliskiego domku wybiegła osiemdziesięcioletnie pani. Piotrek trochę marudził, że nie ten target, ale przekonaliśmy go, że na pewno świetnie gotuje.
Byłą z nami Ola, bardzo sympatyczna dziewczyna o szerokich zainteresowaniach. Jak robiła swoje jogowe wygibasy na powitanie słońca to przyjemnie było popatrzeć. Poza tym straszna baba na psy, jak pojawiał się jakiś psiurek któremu źle z pyska patrzyło to w czasie gdy ja rozglądałem się za jakimś kijem psisko już leżało na grzbiecie z błogim wyrazem pyska i lizało Olę po rękach.  Miała potem ksywkę Cejrowska, bo lubiła jeździć rowerem na bosaka. Był też Mirek, sympatyczny i bardzo uczynny chłopak, szkoda, że tylko w części kajakowej.
 
Ostatni kajakowy nocleg mieliśmy na bajkowym biwaku Biały Grąd, dzierżawca uraczył dziewczyny lokalną nalewką na mleku. Jestem nietrunkowy więc gwarancji nie dam, ale podobno była rewelacyjna. Byliśmy w ścisłym rezerwacie, łowienie ryb było absolutnie zakazane, ale miejscowe chłopaki wychodziły z założenia, że wszystko można co nie można, byle z wolna i z ostrożna, a ze starorzecza można było wyciągnąć naprawdę piękne okazy.
 
Jeżeli chodzi o część rowerową, to znacznie trudniej tu o zapamiętane obrazy, bardziej można tu mówić o impresjach. Obrazy są bardziej związane z postojami i przystankami. I tak było na samym początku, po kilku kilometrach podjechaliśmy pod Górę Strękową, gdzie był schron obserwacyjny kapitana Raginisa. Stojąc na wzgórzu można było sobie doskonale wyobrazić, co czuła garstka obrońców Wizny zderzająca się z potężnym korpusem pancernym Guderiana, odpierająca ataki piechoty i będąca łatwym celem dla niemieckiego lotnictwa. Nie mam skłonności martyrologicznych, ale bohaterstwo obrońców Wizny dla osoby stojącej na wzgórzu było tak poruszające, że ręka podświadomie zdejmowała kask. Pomimo miażdżącej przewagi najeźdźców Wizna broniła się przez trzy dni, co pozwoliło polskiemu wojsku przegrupować się i dotrzeć do Rumunii. I jak przeczytałem potem te schrony to byłą trochę fikcja, bo brakowało w nich wentylacji i z powodu zadymienia ostrzał trzeba było prowadzić z okopów.
Niezapomnianym obrazem była też kilkukilometrowa kładka przez bagna z czterema przeprawami promowymi napędzanymi własnymi muskułkami.
 
Innym, niestety groteskowym obrazem jaki mi się utrwalił był ogromny baner lasów państwowych na drodze do Białowieży o następującej treści: „Co pseudo-ekolodzy zniszczyli razem naprawimy”. To naprawianie widać było już  w samej Puszczy, wielkie sztaple drzew pochlastanych przez kombajny i kilka drzewek posadzonych rządkiem w ostatniej prastarej puszczy Europy. Paranoja.
 
O kolejnych uczestnikach wyprawy nie bez przyczyny wspominam w części rowerowej. Adam i Basia to przesympatyczne małżeństwo z Katowic. Gdyby w Sevres pod Paryżem powstał wzorzec dobrego małżeństwa mieliby duże szanse się załapać. Nazywałem ich Papużki Nierozłączki, wszystko robili razem. Razem chodzą na aerobik, razem budowali dom, razem jeździli na rowerze. Przy czym to ostatnie „razem” należy rozumieć jak najbardziej dosłownie, bo jeździli tandemem. Drugiego dnia rowerowego rozległ się straszny huk i tylna opona tandemu rozpadła się w drobny mak.
 
Byliśmy na strasznym zadupiu, zapasowej opony oczywiście nikt nie miał, a poza tym miała  bardzo egzotyczne wymiary. Ale rozwiązywanie tak banalnych problemów dla Piotra to żadne arkana i nie minęły dwie godziny jak Papużki mknęły dalej na nowiutkiej oponie. Z impresji rowerowych muszę wspomnieć o nagrodzie jaka mnie spotkała, jakieś dwa metry przede mną majestatycznie przefrunął w całej swojej krasie dudek, ptak rzadki i trudny do zaobserwowania. Przed Białowieżą nieoceniona Jola skierowała nas do restauracji Bojarski Gościniec w Narewce z ekstremalnie dobrą kuchnią. Radzę zapamiętać tę nazwę. Resztę ekipy stanowiliśmy my, czyli ja, moja żona Ewa i szesnastoletnia córka Ania. Ewa jest pod każdym względem cudowną osobą, jestem wielkim szczęściarzem i tyle w tym temacie. Natomiast nasza córcia mnie mocno zadziwiła. Zawsze przy wszystkich imprezach wysiłkowych kultowym pytaniem w naszej rodzinie było nerwowe „daleko jeszcze?” Więc nie ukrywam, że trochę na nią liczyłem bo jako ofiarny tatuś chętnie bym poratował biedne dziecko samochodem. Tymczasem na każdym postoju czekała już na nas znudzona Ania wyglądająca jakby właśnie zaczynała wycieczkę. Nawet Piotr stwierdził, że to nie żadne dziecko tylko jakiś Robocop. Skoro już mówimy o przyjemnościach kulinarnych to chyba nic nie przebije jajecznicy przyrządzonej przez Olę z grzybków zebranych przez nią z roweru. Nieskromnie dodam, że miałem też w tym swój niemały udział bo umyłem potem patelnię.
Podsumowując było po prostu super.

Jest to już nasza trzecia impreza z beskidzkimi cyklistami i wygląda na to, że perfekcyjna organizacja to znak firmowy Joli i Piotra. Zresztą połączenie kajaków z rowerami to jest genialny pomysł i jeżeli tylko nas wezmą to w przyszłym roku na pewno pojedziemy znowu."

powrót