Maraton Beskidy 2014

Budzi mnie deszcz głaszczący monotonnie okna w sypialni.Spojrzenie na zegarek:3.15.Cholera!Powinnam jeszcze spac w nieświadomości tego co dziś mnie czeka.Myśli zaczynają kołowac, nie przeraża dystans,ani góry bo przygotowałam się najlepiej jak mogłam,jednak 
ten deszcz niepokoi.Zacząc maraton w deszczu i chlupoczących butach nie należy do najprzyjemniejszych,ale co zrobic..będzie jak będzie.Deszcz miarowo bębni po szybie,a ja już nie mogę spac.Staram się nie zwracac uwagi na to co dzieje się za oknem ,spokojnie zaparzam sobie kawę.Pakuję żele,magnezy,herbatkę w termosie,rzeczy do przebrania począwszy od majtek i butów,kończąc na ciepłej kurtce.Zjadam znienawidzone maratońskie śniadanie na 
słodko...bleee nie lubię. Teraz zwarta i gotowa czekam na 
Mieciusia.Pocieszam się,że w tym co się dziś zadzieje nie będę sama,wszyscy pojedziemy na tym samym wózku.W nucie niepewności,lęku,wielkiej niewiadomej jest coś intrygującego,co wymieszane razem daje przyjemny dreszczyk emocji.Wychodząc z domu jeszcze raz zerkam do plecaka czy wszystko mam...wydaje się,że tak.Psia pogoda wywołuje uśmiech,pierwsze krople padają na twarz,coż nie mam na to wpływu.Jesteśmy walnięci nie uważasz?Mieciu tylko się uśmiecha i już wiemy wszystko,po co cokolwiek dodawać :)Już jest lepiej bo jest nas dwoje,jedziemy w strugach deszczu.Nordic Walking już wystartowało myślę sobie i już mokną.Przed biurem zawodów udaje nam się zaparkowac,widac już pełno wchodzących i wychodzących biegaczy.Mam wrażenie,że nie mają gdzie się podziac.W kolejce do weryfikacji spotykamy Jacka,a widok machającej do nas Eli wprowadza w nastrój oczekiwania na coś co przytrafi się nam wszystkim bez względu na pogodę.Dowiązywanie butów,upychanie żeli po kieszeniach,spakowanie rzeczy do depozytu...czas szybko mija.Na starcie wpadam na Kasię,która uczyła Karola,wymiana zdań i zaś widzę znajomych Józia i Damiana.Niewiele mamy czasu na rozmowę. Strzał startera i ruszamy..chwilę tłumnie biegniemy,deszcz jakby na drugim planie.Oby tylko nie dac się ponieśc tempem innych to będzie dobrze myślę.Po drodze chwilę rozmawiam z Damianem,nawiązujemy do kontrowersyjnej ostatniej naszej rozmowy i ostrej dyskusji.Na drugim kilometrze wpadam w wodę na łąkach i czuję jak tankuję buty.Cholera!Myślę za szybko...ale cóż..Piętki Damiana już daleko przede mną.Zaczynamy się rozciągac.Miecia już nie widzę od startu,ale wiem,że jest gdzieś za mną,To stwarza poczucie bezpieczeństwa,że jak coś się zadziej to mnie nie zostawi na trasie.Dobiega do mnie Jacek. Leci swój pierwszy maraton wraz z synem autystykiem.Nie będzie mu łatwo bo poza sobą musi myślec i o nim,ale czuję,że da sobie radę..Pokonujemy razem pierwsze kilometry,pierwsze podbiegi.Pilnuję tempa i tętna co by po półmetku miec siłę przyśpieszyc.Jacek krok w krok ze mną,chwilami rozmawiamy,chwilami tylko biegniemy i jest dobrze.Cieszę się z jego towarzystwa bo kilometry jakoś szybko umykają.W Zimniku przyłączają się do nas znajomi Jacka,którzy wybiegli na trening.Trasa biegnie ciągle do góry i robi się coraz trudniejsza.Ależ ten znajomy ma gadane,szczęka mu się nie zamyka jak babie na odpuście.Odczuwam ulgę jak się odłączaja,spokój,właściwy rytm,chwilami marszobieg.Jacek trzyma się mnie,ja jego.Fajnie byłoby tak dobiec do mety,ale wiem,że najgorsze jeszcze przed nami.Punkt odżywczy pod Skrzycznym tętni życiem...gorąca herbatka dobrze weszła.Od teraz zaczyna się ostre podejście w totalnej mgle.Pomimo ściekającego ze mnie potu marzną mi dłonie.Chowam je w rękawach bluzy i już o nich nie myślę.Widok schroniska wywołuje euforię bo teraz już ino w dol.Zbieg po mokrych kamieniach,liściach,omijanie zwalonych drzew w butach asfaltowych nie jest łatwe.Dalej trasa wypłaszcza się i drobniutkie kamyczki nie stwarzają zagrożenia.Trochę przyśpieszam,Jacek jeszcze leci ze mną,ale już nie rozmawiamy.Spojrzenie na Jacka uświadamia mi,że dla niego właśnie zaczął się maraton. Staszek wygląda jakby co dopiero zaczął biec i zamęcza tatę pytaniami.Podziwiam go bo pomimo bólu cały czas ma oko na syna "Stasiek napij się,zjedz marsa".Oddalam się trochę,zaczynam walczyc z bólem biodra po starej kontuzji i chyba z tym wolę zostac teraz sama.Utrzymuję tempo co mnie cieszy i zaczynam wyprzedzac..to motywuje do dalszej walki.W Twardorzeczce już na asfalcie mija mnie samochód dyrektora biegu z wyciągniętym bananem przez okno.Chwytam go ubawiona po pachy.Czuję się wzruszona,wyróżniona i w ogóle zaopiekowana.Dzięki Sebastian!Przede mną jeszcze Matyska,góra 607mnpm.Pierwszy raz biegnę ten maraton i każdy fragment tej trasy jest dla mnie wielką niewiadomą.Odbijam w stronę Matyski i moim oczom ukazuje się ciekawa,przydrożna droga krzyżowa.Obiecuję sobie,że wrócę tu i ją na spokojnie przejdę bo dziś nie mam siły nic oglądac.To moja własna droga krzyżowa,ostatnie podbiegi,właściwie już idę na szczyt.Na szczycie ostatni punkt odżywczy i dalej w drogę.Cieszę się,że już blisko do mety,jednak szybko ta radośc mija.Przede mną ostry,rynienkowaty zbieg w dół w błocie po kostki wyslizgane przez innych biegaczy.Po bokach ostre tarniny,które nie da się minąc.Takich piruetów,szpagatów i slizgów w życiu nie sadziłam!Ręce poranione tarniną,tyłek służacy za sanki...kurde myślę,jak to przeżyję to będzie cud.Buty asfaltowe pieknie robią za łyżwy a inwektywy same cisną się na usta.Masakra!Szlag chce mnie trafic bo tracę tu dużo czasu,do tego wyglądam jak matka ziemia z kilogramami błota na butach i w butach.Wpadam z ulgą na finiszowy asfalt i w końcu meta.Czas brutto 5.29 g.Wolontariuszka zakłada medal,inna szuka w błocie sznurówek co by wypiąc czipa.Idę do łazienki przemyc rany na rękach.Przy wejściu leją piwo,a język wisi mi do kostek.Trudno...później.Najsampierw do depozytu przebrac się w suche rzeczy,poźniej upragnione piwko.W tym czasie na mete dobiega Jacek ze Staśkiem kuśtykając.Kolano dało mu nieźle popalic,ale dzielnie dobrnął do mety.Wygląda nie lepiej niż ja,wymazany błotem,dupeczka też widac zaliczyła ślizgi :)Rozglądam się za Mieciem.Ni słychu,ni widu.Wciągam z apetytem pyszny żurek,a Ela już krzyczy,że Mieciu mnie szuka.Zmęczony,szczęśliwy ściska mnie z radości,że aż nie mogę oddychac.Wypijamy spokojnie piwko i powoli idziemy szukac auta.Okazuje się,że jest dwa kilometry od nas.Zajmuje nam to godzinę,puchnę z bólu z każdym krokiem,mam wrażenie jakbym się miała rozpasc na wiele małych cząstek.Już nie wiem co mnie boli,boli po prostu wszystko.W aucie gęba mi się śmieje kiedy Mieciuś dolewa mi rumu do herbatki.To jest piękne,teraz niech trwa wiecznie :)Jedziemy do domu pełni wrażen i nowych doświadczeń.Jakie plany na przyszłośc?Kto to wie,kto by teraz o tym myślał.Może za rok też maraton Beskidy a może inny? 

 

powrót